PORWANY TRAMWAJ

tramwajTeraz wyda się to dziwne, lecz w latach siedemdziesiątych, a i podczas następnej dekady, szalików komputerowych w Polsce nie miał nikt. Nie było ich wcale. Wszystkie, jakie się pojawiały na stadionach były robione na drutach lub szydełkiem przez babcie (mamy, dziewczyny, siostry). Czasem, jak się udało spruć kilka swetrów, znaleźć chętną do „produkcji” dziewoję, a grupa była z sobą bardziej zżyta, to kilku kolesi miało niemal identyczne szaliki. Bo generalnie każdy był inny.

To były piękne dni
Wiosna 1977 roku była rewelacyjna dla kibiców i piłkarzy Śląska – pierwszy mecz rundy rewanżowej i zwycięstwo ze Stalą Mielec 1-0 (gol Garłowskiego głową niemal z linii pola karnego)! Śląsk szedł na mistrza Polski.
Na początku marca odbył się również ćwierćfinałowy mecz w Pucharze Zdobywców Pucharów z Napoli (0-0), ale po kolei:
Najważniejszy mecz Śląska na arenie europejskiej
Z grupą kumpli przed spotkaniem pucharowym „ćwiczyliśmy” 40% trunki u mojej koleżanki. Głównie po to, by nie wypaść z formy przed tak ważnym pojedynkiem. Poza tym koleżanka robiła na drutach mój nowy szalik Śląska i dostała ultimatum, że jak go nie zdąży skończyć na mecz, to koniec z nami! Trzeba przyznać, że nigdy w życiu nie widziałem osoby szybciej dziargającej na drutach. Efekt był nie tylko super dla oka, ale co ważniejsze gotowy na Napoli. W tramwaju jadąc z Krzyków na Olimpijski leciał tylko jeden przebój ” Napoli, Napoli – Śląsk Wrocław rozpierdoli!!! A biorąc pod uwagę, że 80% zatłoczonego tramwaju to byli kibice pod wpływem… nie minęło wiele czasu gdy wszyscy zaczęli skakać i bujać wozem. Według motorniczego skończyć się mogło małym wykolejeniem. Na jego prośbę by się uspokoić chłopaki przystali pod jednym warunkiem, że nie będzie się zatrzymywał na przystankach. I tak uczyniliśmy ten tramwaj pospiesznym. Na miejscu jeszcze parę browarków przy basenie Olimpijskim i wejście na „łapę” – każdy ze stójkowych za parę groszy do kieszeni wpuszczał kibiców na stadion. Oczywiście wskoczyliśmy na sektor Pod Wieżą gdzie był nasz młyn. Żadnych miejsc wolnych już dawno nie było, ścisk panował niesamowity, ale dla mnie nie stanowiło to problemu, bo wówczas często prowadziłem doping Śląska. Problemem natomiast okazało się znalezienie miejsca dla moich kumpli, ale tylko przez parę minut. Zrobiłem naturalną selekcję i poprzesuwałem parę osób, zwłaszcza tych, którzy nie chodzili regularnie na mecze, a na wyjazdach żadnego z nich nigdy nigdzie nie widziałem. Paru było opornych, więc w sektorze zrobiła się zadymka. Milicja się nie wtrącała tylko obserwowali zamieszanie z góry. W tym ścisku też mogli dostać parę klapsów. Jednym z klientów, który musiał opuścić zajęte wcześniej miejsce był, o ile dobrze pamiętam, koleżka o imieniu Jakub, choć on akurat czasami się pojawiał na meczach wyjazdowych.
W przerwie oczywiście trzeba było spuścić z siebie browarek i biorąc pod uwagę, że w tych czasach, gdy brakowało wszystkiego, również i do kibli nie można było się dostać, lano pod chmurką. Gdy już skończyłem kilku psów skoczyło na mnie i skręcili mnie za rozkręcenie przepychanki przed meczem. A jednym z konfidentów, który mnie rozpoznawał, był właśnie Jakub. W chwili, gdy miałem ręce wykręcone przez dwóch psów, trzeci (tajniak) z przyczajki sypnął mi niezłego „szlagiera” pod oko rozbijając przy tym łuk brwiowy.
Wiedziałem, że reszty meczu już nie obejrzę, ale jeszcze była kwestia kolegium. Teraz trzeba by to nazwać grzywną. W suce spotkałem się z jednym z moich kumpli i śpiewem wkurwialiśmy mundurowych. Po meczu nas puścili bez kolegium. Poskutkowało to, że ich na wyrost postraszyłem swoimi znajomościami na komendzie. Wciąż byłem siatkarzem Gwardii Wrocław i parę nazwisk mi się obiło o uszy, a gamonie bez belek woleli nie sprawdzać czy ich najwyżsi przełożeni faktycznie mnie znają, czy tylko palę głupa.
Wyrównywanie rachunku
Oczywiście czekałem na następny mecz, aby sobie wypożyczyć Jakuba, które mnie nadał pałkarzom. W Gdyni go nie było, na Widzewie również, nawet we Wrocławiu nie mogłem go zlokalizować na stadionie. W poszukiwaniach pomagał Zbyszek, bo ze swoim wzrostem około 2 metrów i statusem lidera w młynie nikt mu nie podskakiwał. Konfident zapadł się pod ziemię, aczkolwiek podpowiedziano mi, że był na Oporowskiej. Okazja nadarzyła się na meczu w Szczecinie miesiąc po Napoli. Jak mnie zobaczył, zaczął się strasznie jąkać a Zbyszek dał mu ultimatum: znika kompletnie albo dostaje poświęcenie ode mnie po twarzy.
Tak się stało i nawet nie wiem, czy był w stanie dobrze obejrzeć zwycięstwo Śląska w Szczecinie 2-1! Po tym meczu już się nie pojawił na Śląsku ani na Oporowskiej, ani na Olimpijskim, bo z konfidentem nikt nie chciał się zadawać. Ja natomiast jako asystent Zbyszka prowadziłem regularnie doping.
Najważniejszy mecz Śląska w historii klubu
18 maj 1977 to był najwspanialszy dzień w historii Śląska!!! Wygrana z ROW-em w Rybniku 2-1 i WKS został Mistrzem Polski!
Na ten mecz z Czarnym wybraliśmy się stopem i dotarliśmy na stadion tuż przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Rozpocząłem doping w równym tempie i we wspanialej atmosferze czekaliśmy na zwycięstwo dające jak dotąd jedyne mistrzostwo. Niestety niebiescy cały czas się o coś przypierdalali, a szczególnie jeden hanys. Zaczęło się od tego, że stojąc na ławce (wówczas mecze oglądało się siedząc) zasłaniam kibicom oglądanie meczu. Gdy go wszyscy wyśmiali, zaczął marudzić, że brudzę ławki. Na co chłopaki podrzucili mi gazetę pod nogi. Skurwiel cały czas się czepiał i wreszcie mu powiedziałem, a było to już w drugiej połowie meczu, aby mówił po polsku, bo nikt go nie rozumie. Po tym tekście zwinęli mnie i zaczęło się tradycyjne straszenie kolegium itp. Do dzisiaj nie mogę tego przeżyć, bo właśnie wtedy Śląsk strzelił bramkę dająca mistrzostwo Polski, a ja siedziałem w budzie i tego najważniejszego w historii klubu gola nie widziałem. Po meczu mnie puścili i fetując tytuł wraz z chłopakami przy budynku klubowym ROW-u słyszeliśmy jak nasze orły śpiewały w szatni „WKS mistrzem jest”!!!
Już po tym jak zawodnicy wyszli z szatni, autobus klubowy Śląska nie mógł wyjechać z parkingu, bo jakiś działacz hanysowski zostawił swojego „Garbusa” (Volkswagena) na jedynym wyjeździe. Ale to nie był problem dla znanych z fantazji kibiców Śląska.. Postawiliśmy tego garbusa na żywopłocie… Śląsk wyjechał a reakcja właściciela autka, gdy je zobaczył, była warta naszego wysiłku!!!

Roman Gierczak, fot. dziennikzachodni.pl

Romek Gierczak nie mieszka w Polsce od wielu lat, ale regularnie do kraju przyjeżdża. Z reguły latem. Teraz święta spędzi we Wrocławiu, ale nie jest to dla Niego coś miłego. Przyjeżdża do swojego miasta na pogrzeb ojca. W imieniu redakcji Fana i wielu kibiców Śląska składam Romkowi kondolencje.

0

komentarzy: 4

  1. Z tymi szalikami to nie do końca prawda,bo o ile faktycznie większość była robiona na drutach czy szydełkiem to były też szaliki robione maszynowo i były bardzo piękne jak na tamte czasy.
    W naszej ekipie (ekipa z rynku) te szaliki maszynowe pojawiły się jeszcze przed meczem w Warszawie ze Stalą Mielec o PP , a do zakładu dziewiarskiego na ul.Kołłątaja zaprowadził nas (Mnie,Szkocję,Wesołego i jeszcze kilka osób) „Goryl”.
    Te szaliki wyryły Mi się w pamięci bo akurat Kotlet wtedy w Warszawie „pożyczył” ten szalik ode mnie i …nie miał zamiaru zwrócić (Ja wtedy byłem małolat),dopiero po interwencji chłopaków z rynku oraz Pluto niechętnie oddał szalik..
    A sam wyjazd na finał PP? w pociągu pijaństwo,przed meczem pijaństwo z Legią razem,w trakcie meczu szał radości,po meczu bitwa z Legią (ekipa z rynku, ekipa z dworca świebodzkiego i kilka innych) oraz picie z Legią (Kotlet, Kanister i inni) czyli wyjazd wspaniały.

    0

  2. Może i trochę nie na temat, ale udało mi się odkopać w starych pudełkach, kilka sztuk prasy sportowej z 2000 roku. Jeżeli ktoś z redakcji Fana chciałby je przejrzeć lub naczelny chciałby przypomnieć sobie swoje teksty ( a pisał akurat dla tego, jeżeli mnie pamięć nie myli tygodnika), chętnie mogę zrobić ksero.

    0

  3. To już drugi artykuł pana Gierczaka, który sobie wydrukowałem i schowałem do teczki do szuflady. By, odpukać, strona nie została znowu „zhakowana” i by nie przepadł gdzieś w odmętach internetu. Może jeszcze parę takich, a uzbiera się całkiem pokaźna kolekcja kartek z wydrukowanymi artykułami. Zaniosę to do introligatora (mam nadzieję, że ten zawód jeszcze nie zginął), który to wszystko ładnie oprawi i będzie to zachowane na przysłowiową „wieczną rzeczy pamiątkę”.

    0

  4. Z trochę późniejszego czasu zasłyszałem od pewnego weterana epizod przyjmowania grupy Lechii w okolicach Placu Grunwaldzkiego. Gdańszczanie przemieszczając się koleją do Wrocławia zaopatrywali się masowo w żelazną porcję 2 półitrówki i smażony kurczak na głowę. Mimo wydawało by się sporej ilości trunkowej, co niektórzy jechali z obawami, wiedząc że dopiero na Grunwaldzie zacznie się prawdziwe picie.

    0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *